Posts Tagged ‘poezja’
85
Może to ten Sinatra nad naszymi głowami, a może farba na poręczach kanap, z której się śmieliśmy? Może dość sztywny kelner i mój kapelusz, który Cię żenował? Może wszystko na raz, za szybko, za wcześnie? Nie wiem.
Pamiętam, pośpiesznie wybijała kod na domofonie, myliła się kilka razy, na do widzenia pocałowałem Jej włosy. Padało. Czy wchodziła na swoje piętro powoli? O czym myślała? Szukała w kieszeni kluczy? Znalazła w niej papierki po lizakach, które jedliśmy wczoraj w parku? Poprzedniego dnia? Nie wiem. Padało. Wróciłem i zaparzyłem czarną, mocną herbatę. Otrzymuje się ją w wyniku czterech procesów; więdnięcia, skręcania, fermentacji i suszenia. To chyba jedyna rzecz rozpoczynana więdnięciem, czyż nie? Więdnięcie wiąże się z utratą turgoru w organach roślinnych wskutek niedoboru wody w tkankach. Właśnie tak. Kiedy usiadłem przed komputerem była tam i znów rozmawialiśmy, jak gdyby nic się nie stało, jakbym Jej nie przytulił, jakby nie powiedziała mi, że nie, że to nie wyjdzie i odejdź.
Sztukę tracenia łatwo zgłębić, pisała E. Bishop, coś w tym jest. Zawsze jest coś, co można stracić i za każdym razem ta utrata wydaje się największa na świecie, choćby chodziło tylko o kilka złotych straconych w cukierni na przydrogich ciastkach. Dla Niej wuzetka, dla mnie napoleonka. Dla Ciebie białe, dla mnie deszcz. Można by kłócić się o ilość słów w zdaniach, zdarzeń złożonych ze zdań, o nieskończoność, której nie przybywa. Ciągle mniej, dni jak czekolada rozpływają się nam w ustach. W mieszkaniu ulatnia się gaz, czy to powinno mi coś sugerować? Jak to, że dziś zamiast tomografu omyłkowo niemal zrobiono mi rezonans, co rozerwałoby mi zwyczajnie czaszkę, boć spinają ją dzielnie płytki metalowe. I to zażenowanie Pani Pielęgniarki, i niedowierzanie. Jesteśmy miastem pogan.
Jesteśmy miastem? Ty i ja. “Nic od Ciebie nie chcę, chyba pójdę spać”, a przecież nie możemy wyrwać się z byle rozmowy. Rozmnożyć słowo jak chleb, czułość jak rybę i skonsumować w jakimś nieskończenie ciepłym uścisku, na który nie ma szans? Czy znosi mnie w rejestry niebezpiecznie wysokie? Czy mogę pozwolić sobie na jeszcze jedną wulgarną bajaderkę? Na ogień? Na bolesne pęknięcie? Na patelnie wylałem tłuszcz. Usmażyłem frytki.
Problemy ze snem. Tak, boli mnie głowa, jakby w środku nieustannie eksplodowała kostka rosołowa. Boli. Nie mogę czytać, z trudem łapię myśli. Jutro do miasta przyjeżdża Ojciec. Przywiezie niepokój.
Łatwo jest dać za wygraną, powiedzieć “niech będzie” i uderzyć w smutek. Zdecydowanie zbyt łatwo. Tak to już jest.
nowe
dzisiaj będzie notka mówiona bardziej niż słuchana. Zaczyna się nowy miesiąc, dawno nie robiłem sobie jakiś podsumowań. Jest początek sezonu, pękają kolory po tym jak śnieg wtopił się w ziemię, owszem, jest brudno, ale rozpiętość tonalna tego, co można zobazcyć wzrosła niemożliwie. no i światło. 3/4 zimy było ciemno jak u Schopenhauera, a kiedy wychodziło słońce miało się wrażenie, że ktoś prześwietlił ten negatyw świata – śnieg i ostre światło kumulowały to nieprzyjemne odczucie.
teraz natomiast w głowie rodzą się nowe zdjęcia. właściwie całą zimę myślałem o tym, co teraz. zima to był taki okres przejściowy, kiedy konstytuowało się to, co już zacząłem robić i w głowie pojawiały się pierwociny tego, co miałem – i mam nadal – zrobić ochotę. Zaczynam już prawdopodobnie za dwa tygodnie. prawdopodobnie na sto procent. Marta Walaszczyk szykuje pędzle, rezerwuje fryzjera, bo całość dziać się będzie w mieście Warszawa. taki mamy z Martą układ – raz w Łodzi, u mnie, raz w Warszawie – u Niej. powinniśmy zatrzymywać się w połowie drogi i robić sesje w skierniewicach, które – poza tym, że są jeszcze barzdiej u mnie, bo stamtąd pochodzę – to jeszcze mają zalew i kilka miejsc, w których bardzo przyjemnie byłoby kadrować.
komu będziemy robić zdjęcia? jakiś czas temu już napisałem do prześlicznej i świadomie bardzo pozującej, mimo iż nie związanej z agencją żadną modelki wietnamskiego pochodzenia – Zin.
Bardzo mi się podobał sposób w jaki Zin ze mną rozmawiała – “wiem, że fotografowie mają w dupie to, co myślą o zdjęciach modelki, ale nie lubię tego, tego, tego i jeszcze tego”. Nic tak nie cieszy człowieka jak konkretna rozmowa.
Jest tylko jeden problem, nie lubię robić zdjęć w Warszawie z jednego powodu – nie znam jej za dobrze. To znaczy fakt – większość zdjęć jakie popełniłem – to właśnie tam, ale wolałbym u siebie, mam już wypatrzonych kilka miejsc bardzo bardzo inspirujących. Warszawę znam dość dobrze, ale – że tak powiem – nocą
A co po tej sesji? Po tej sesji będzie moda forte, jesienią rozmawiałem z Jackiem i Irminą, którzy umożliwili mi robienie zdjęć ich Modelkom, mam nadzieję, że uda mi się stworzyć jakąś fajną ekipę realizacyjną, żeby wszystko szło odpowiednio sładnie.
Mam też zamiar otworzyć stronę z fotografią ślubną, jakoś nieługo, bo trochę się tego materiału zebrało po poprzednich wakacjach, kilka plenerów mam też umówionych już na następne miesiące, więc jakoś możnaby tą gałąź działaności rozszerzyć, jak sądzę.
A wiersze? Wiersze się piszą, ale bardzo powoli, mam jakoś tak, że kiedyh w środku jest coś bardzo jakoś tak nowo i intensywnie, nie potrafię szybko pisać. a teraz trochę się mi wewnątrz dzieje, nie do końca w sposób, w jaki chciałbym pewne rzeczy widzieć, ale to już tak jest, i będę banalny do sześcianu, że nie zawsze jest tak, jak sobie coś wyobrażamy. I chyba właśnie to nas popycha do dalszego rozwoju. Najgorszą rzeczą jaką może zrobić człowiek, to zrezygnować z czegoś, co go uszczęśliwia. Najgorszą rzeczą jaką może zrobić, to zapomnieć autora – nawet niewydanej – książki…
ale, jeśli ktoś chciałby przezczytać coś względnie nowego, to ostatnio Paweł Lekszycki wziął i zabrał mi poemat na www.artpapier.pl (widnieje w dziale poezja), można też zajrzeć do instynktu, tam też nowy jakiś dyptyk.
poza tym w końcu dzieje się coś ze studiami, bardzo mam duże opóźnienia, ale wszystko jest na dobrej drodze. Mam nadzieję, że jeszcze 2 tygodnie i będzie po sprawie.
do następnego, będzie pewnie znowu muzyka. pozdrawaim
język
na początku był język. słowo było. kilka lat temu. to jest ciekawe, jak ów język przeobraził się. jak się przebóstwił. jak bardzo zwiądł i zugorzał, niestety. Kiedyś było słowo i jakaś wyobraźnia, która pchała to w nieistniejącą, ale z jakiegoś powodu ciekawą przestrzeń. a teraz jedyną przestrzenią, jaką mam jest to wszechobecne narzekanie, gmeranie. Licho, martwo, mało. Nie ma przestrzeni. Obcy język.
Wiele razy złapałem się na tym, że siadam do komputera i chcę pisać tak, jak kiedyś pisałem – z łatwością, od razu, pełnymi obrazami, wiecie – słowa leciały jak kamienie w wode – mocno, z pluskiem. teraz jest inaczej, ostatnio mądra znajoma jedna powiedziała, że to wcale nie jest źle, bo przecież nie można się rozszczepiać, nie można rozbijać się o mówienie, nie można mówić po stokroć i w mówieniu upatrywać czegokolwiek.
dlatego teraz słucham. a że ostatnio zabłyszczał gdzieś po środku tego mroku pewien rodzaj szlachetnego kamienia, bardzo jeszcze gdzieś daleko, ale zabłyszczał, to teraz się słucha raczej tego
i to musicie zobaczyć, Cocer jednak wymiata, oj tak!! w ogóle Across the Universe jest wspaniale zrealizowanym filmem, prawda?
a skoro już mowa o Across the Universe i o… no to jeszcze tego sobie posłuchajcie tego



