Posts Tagged ‘sosnowski

Andrzej Sosnowski

Skomentuj »

Środa. Szesnasta dwadzieścia dwa. Robi się ciemniej niż jeszcze wczoraj, przedwczoraj, niż jeszcze tydzień temu. Biblioteka Uniwersytecka ze swoim suchym, cierpkim powietrzem i cichymi ludźmi udającymi, że nie widzą nikogo innego. Książki.
Jako, że ostatnio zaczynamy pracować nad “Operą” A. Sosnowskiego, zaglądam do Jego poprzednich, wspaniałych tomików. Jak zwykle zatrzymuję się na “Wierszu dla J.S.”, potem nie ma już nic. Kiedyś, bardzo dawno temu, kiedy w ogóle zaczynałem czytać cokolwiek (w miarę świadomie) pomyślałem, że tym, co organizuje mi przestrzeń literacką i sprawia mi największą przyjemność czytelniczą jest czułość. Zwyczajna, prosta czułość. Niezależnie od tego czy jest to “Rzecz o mych smutnych dziwkach”, tomik “Serce” Romana Honeta, poemat “Th” Pasewicza, wyimki z “Ziemi Jałowej”, czy wspaniałe “Dzienniki” Virginii Woolf. Właśnie dlatego wracam do tego wiersza.

Pamiętam jedną sytuację, gdzieś sprzed roku, kiedy przyjechał do Łodzi Kuba Przybyłowski i razem z dwiema moimi Koleżankami – Sarą i Agatką poszliśmy na turniej jednego wiersza do poleskiego ośrodka sztuki. Wyszliśmy nieźle wstawieni, a to dopiero początek wieczoru, więc kupiwszy dużą butelkę wódki usiedliśmy przy stoliku na jednym z podwórz przy Piotrkowskiej i rozmawialiśmy o wielu smutnych rzeczach. W końcu Jakub wyjął “Dożynki” Sosnowskiego i na zmianę czytaliśmy ten wiersz, być może ledwo wymawiając wyrazy. Ludzie wyglądali z okien i straszyli policją, dziewczyny spały, pamiętam, że było ciepło i kończyły się papierosy. Pamiętam, że idąc Pomorską Kuba wyrżnął głową o chodnik i miał się potem dobrze. Wszyscy mieliśmy się wtedy dobrze.

chciałbym przytoczyć końcowy fragment tego utworu. Tak dzisiaj się czuję. Jakbym opuścił miejsce, w którym dzieje się coś niesamowicie ważnego — “A później?

Później idziemy powoli na górę – Justyna, Tadzio, Kuba i ja
z kartonami, butelkami, kanistrem.
Który dostaliśmy od baru i siadamy, nierealni ze szczęścia,
w mieszkaniu, rozkręcam muzykę,
Siedzimy uśmiechnięci, Justyna wychodzi na balkon i siada
na betonie, opiera głowę o rower
I ma łzy w oczach. Jeszcze jest noc i znów zaczyna padać,
staję na środku pokoju, śmieję się
Do Justyny, do Tadeusza, do Kuby, Justyna wraca i mówi
coś do diffenbachii, Tadeusz podnosi
Telefon i zamawia taksówkę, i po jakiś dziesięciu minutach
zostaję sam, gaszę światła i siadam
W fotelu: siedzę uśmiechnięty w ciemnym, nieposprzątanym
mieszkaniu, lekko wbijam paznokcie
Palców wskazujących w boki kciuków, och, bo będzie dobrze,
bo zaraz będzie pochmurny poranek
I wejdziesz w lodowate powietrze nad Atlantykiem, bo lecisz
już od dwóch godzin, bo niedługo
będziesz w Paryżu, bo można już zapomnieć o tych oceanach,
bo pod wulkanem urodziło się dziecko,
Bo będzie święto i będziemy jeść ciastka, bo zimą pojedziemy
na narty, bo ktoś musi mi przyjść na
Ratunek, bo przed nami coraz mniej pięknych i trudnych zdań,
bo jesteś już blisko: chodź.

A teraz? Powietrze ma kolor szarowiśniowy. Bębnienie palcami wyznacza mantrujący rytm, to wszystko razem wzięte brzmi tak uroczo i zarazem wchodzi tak głęboko w serducho, że rozwala człowieka na kalekie fragmenty.

Przez dziesięć minut obserwuję zmieniające się wygaszacze ekranu na komputerach przede mną, po jakimś czasie w oczach staje szkło i nie wiadomo, co byłoby, gdyby między regałami tuż obok nie zapaliło się światło. Powoli koncentruję się i zaczynam myśleć, że wonna mokka nadałaby temu wieczorowi lepszy ton. Z lekkim zadziwieniem obserwuję gry świateł na ścianach budynku za oknem, niedawny deszcz oddał pole ostatniemu słońcu, które zachowuje się zupełnie bez pardonu.

bez pardonu? to takie proste, prosimy o zajęcie miejsc i nie odłączanie komputerów, między regałami będą dla Państwa wystawione krzesła, wygodne – głos taki jak ten na chwilę sprowadza mnie do parteru. Ktoś szuka kluczy w kieszeniach, ktoś skubie bułkę, ktoś cicho pisze wiadomość, że pewnie wróci nieco później, więc proszę nie martw się i nie czekaj z kolacją. Właściwie nie ma powodu by to wszystko opisywać, poza jednym powodem, by to opisywać. Właściwie nie ma powodu, by w to wszystko brnąć, poza jednym powodem, by w to wszystko brnąć.

W zeszłym roku mieszkałem jeden przystanek tramwajowy stąd. Dzisiaj mieszkam około dwudziestu. To nic nie znaczy. Wszystko wewnątrz jest… dzisiaj już powiedziałem to zdanie. Dzisiaj było zbyt dobrze, zdecydowanie. Czasem to niedobrze, czasem trudno przyjąć na siebie ten nadmiar prostych radości, jakby to powiedzieć – małych dewastacji, zbyt dużej ilości krwi w przedsionkach serca. Szczególnie jeśli doś takiego nie działo się, nie miało miejsca od dawna.

Czy mnie potępiasz, Oliwna Gałązko?

Written by broniesiejakos

Marzec 11, 2009 at 5:58 pm

Napisane w Uncategorized

Tagi:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.